Twórczość / stwarzanie zamiast mimesis. Przeżycia zamiast świata widzialnego. Jak daleko musiała odejść fotografia od swych początków, aby stać się narzędziem w ręku tak awangardowych artystów, jak Krzysztof Ślachciak!
A może jest odwrotnie? Może odkrywcy fotografii mieli tylko złudzenie, że za pomocą procesów fizyczno-chemicznych skonstruowali narzędzie do „zimnego zapisu”, antyromantyczny argument przeciw wszystkim „osobowościom artystycznym” i „iluminacjom talentu”? Jeśli tak istotnie było, szybko przekonali się o swoim błędzie. Fotografia z rąk wynalazców trafiła do artystów. Artysta natomiast jest człowiekiem, który nie ulega medium, lecz wykorzystuje je zgodnie ze swoją wolą.
Krzysztof Ślachciak kontynuuje twórczą pracę swoich poprzedników z medium fotografii: bada jego możliwości i przesuwa granice. Stosuje wielokrotną ekspozycję, świadomie wywołuje i wykorzystuje efekt błędu – prześwietleń, braku ostrości, fizycznego uszkodzenia negatywu lub odbitki. Częstokroć posługuje się fotomontażem, zwłaszcza multiplikacją motywu. Wszystkie te narzędzia, w połączeniu z wyborem konwencji fotografii czarno-białej, łączą go z historią medium i fotografią tradycyjną. Równocześnie stosuje praktykę typową dla współczesnej fotografii cyfrowej: odważną post produkcję w programach graficznych. Rzeczywiście, artysta stosuje technikę tradycyjną oraz cyfrową, wymiennie lub łącznie. Manifestuje w ten sposób swoją niezależność wobec narzędzi wypowiedzi artystycznej. Sięga do różnych tradycji. Nie ogranicza pola wyobraźni, lecz otwiera się na nowe.
Warstwa estetyczna jest bardzo ważnym, lecz tylko jednym z elementów powstającego zdjęcia. Kolejnym i najważniejszym jest źródło twórczości, które dla Ślachciaka wypływa z nieustannej dynamiki pomiędzy zwątpieniem i poszukiwaniem. Każda ścieżka twórcza, każdy kolejny cykl napędzany jest odwagą zmierzenia się z dotychczas tworzoną fotografią, historyczną i własną, a następnie odkrywaniem nowej. Każdy nurt eksploruje intelekt i wyobraźnię twórcy, a następnie zawraca, powraca, splątuje się z innymi, już stworzonymi. Nie daje jednoznacznych odpowiedzi, lecz ich propozycje. Nie naucza, lecz intryguje, ciekawi, skłania do autorefleksji.
Najczęściej przewijającym się tematem w twórczości Krzysztofa Ślachciaka jest miejsce człowieka we współczesnym świecie. W kulturze zachodniej, w której większość z nas została wychowana, wyjątkowa pozycja człowieka zagwarantowana była przez religię, a później przez zdolność myślenia, z której wypłynęły różne dziedziny wiedzy. Gdy człowiek zwątpił najpierw w Boga, a następnie we własne możliwości tworzenia świata dobrego i bezpiecznego, jego uprzywilejowana pozycja w modelu wszechświata przestała tłumaczyć się sama przez się.
Wobec życia w kulturze postreligijnej i posthumanistycznej człowiek, pozbawiony odniesienia, czuje się coraz bardziej zagubiony. Dla niektórych remedium stanowi przekonanie o ludzkiej wyjątkowości – czy to w wymiarze jednostkowym, czy gatunkowym. Ślachciak nie dyskutuje, nie przerzuca się argumentami, a zamiast tego robi to, co umie tak dobrze: wątpi. Podaje w wątpliwość naszą różnorodność, a co za tym idzie – wyjątkowość. Wątpi w nasze zdolności społeczne i kompetencje naukowe. Wątpi w szczególne miejsce Ziemi we Wszechświecie, a co za tym idzie – w wyjątkowość samego faktu zaistnienia na niej biologicznego życia. Zamiast pewności, oferuje poszukiwanie i otwartość na różne warianty odpowiedzi. Z jednej strony ma świadomość, że prawdopodobnie coś odbiorcy swej fotografii zabiera. Stąd hektary pustki, która staje się czymś więcej niż tłem. A jednak, w pewnym sensie, jest to propozycja wolności – od bagażu ważności, od wybujałych oczekiwań, od całkowitej odpowiedzialności. Ale obok pustki coś się pojawia: czarny druk tekstu, pojedyncze zdjęcie. Sztuka objawia się pomiędzy tymi dwoma biegunami – w potencjalności, możliwości istnienia, nadziei, że jest fragmentem większej całości.
W tej jak najbardziej awangardowej twórczości Ślachciak jednocześnie świadomie powraca do korzeni medium, kiedy to zdjęcie było obiektem: materialnym, istniejącym fizycznie tak jak wcześniejsze dzieła sztuki. Ich wyjątkowość podkreślano bogatą oprawą, sygnaturą – i ceną. Kontakt z fotografią polegał głównie na byciu modelem i kolekcjonerem fotografii. Zdjęcia były eksponowane pojedynczo lub, nieco później, także we wspaniałych albumach. Pokazywano je gościom w salonie, chwalono się nimi, otaczano estymą. Nawiązywano osobisty kontakt. Wobec niepowszechnej wiedzy o naukach ścisłych, oglądającym musiały się wydawać przedmiotami na pół magicznymi.
Ślachciak nawiązuje do tej tradycji na kilka sposobów. Przede wszystkim eksponuje swoje zdjęcia jako obiekty fotograficzne. Dba o konkretną formę i sposób ekspozycji, który podkreśli zarówno ich materialność, jak i niedosłowność. Z kolei inne zdjęcia przygotowuje z góry jako trójwymiarowe emitery sytuacji optyczno-poznawczej. Stosuje grę światła i cienia w konkretnej przestrzeni ekspozycyjnej, co daje w efekcie instalację artystyczną o wielosensorycznym przekazie. Formą najbardziej radykalną jest książka fotograficzna. Pomyślana od początku jako forma poligraficzna negocjuje z przypisanymi jej zasadami. Odkrywa powoli i stopniowo wizję artysty fotografa, dając czas odbiorcy na odniesienie się do niej. Ma przecież swój scenariusz i rytm. Jest to najbardziej intymny kontakt ze sztuką fotografii. Intymny nie poprzez ograniczoną liczbę egzemplarzy, lecz poprzez zaproszenie książki fotograficznej do osobistej przestrzeni życia i działania. Bowiem książka fotograficzna nie jest nachalna: potrzebuje decyzji czytelnika, aby ją otworzyć i zgłębiać, najlepiej we własnym pokoju. To także przekaz mocno oparty na doznaniach zmysłowych: zdjęcia objawiają się na kartach o określonej grubości, kolorze papieru; książka ma swój ciężar w dłoni czytelnika, a wokół roztacza ten charakterystyczny zapach świeżego druku, który wszystkim bibliofilom kojarzy się z momentami ekstatycznego poznania. Tak więc obiekt, w sposób dosadnie materialny, skrywa w sobie największy przekaz spraw niematerialnych: idei, myśli, emocji i twórczej ekspresji, owiniętych wrażeniami zmysłowymi niczym wstążką.
Małgorzata Malinowska-Klimek